wczytuję grafiki...
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński
  • Adrian Miedziński

"Żeby iść do przodu trzeba podjąc trudne decyzje"

benefis 2 20170403 1237626153

Zapraszam do wywiadu dla KS Toruń

Spekulacje znalazły potwierdzenie. W obliczu pożegnania z toruńskim klubem i oficjalnych przenosin pod Jasną Górę, Adrian Miedziński szczerze i wieloaspektowo opowiada o tym, co było kiedyś oraz o tym co aktualnie dzieje się wokół jego osoby.

Z sentymentem patrzymy na człowieka, który przez lata urósł do miana jednej z ikon toruńskiego speedway'a. Żal miesza się ze zrozumieniem, a na wierzch wypływa kawał żużlowej historii i przemyśleń, które z biegiem lat przeszły sporą ewolucję.

Jakie uczucie towarzyszy Ci przy pierwszej zmianie barw klubowych?
- To na pewno stresujące. Zmieniam otoczenie, do którego jestem przywiązany. Gdy robię to w Szwecji to nie ma takiego stresu, pomimo tego, że tam też jest jakaś forma przywiązania. Bardzo dobrze czułem się chociażby w klubie z Norrkoping, ale zszedł do niższej klasy rozgrywkowej i temat się niestety zakończył. Kumla też jest fajnym klubem, do którego mam przywiązanie. Nie jestem zwolennikiem skakania po klubach. Klub tworzą ludzie. Jeżeli człowiek się gdzieś dobrze czuje, to myślę, że pieniądze schodzą na dalszy plan. One są oczywiście ważne, ale najważniejsze jest, by praca sprawiała radość.

Co wpłynęło na decyzję o zmianie barw klubowych?
- Nie będę opowiadał o wszystkich czynnikach, bo jest ich dużo. Wszystko sobie przemyślałem i podjąłem jedną z najtrudniejszych decyzji w mojej karierze. To nie była zmiana butów, a zmiana środowiska, w którym byłem wychowywany od małego i cały czas w nim przebywałem. Ważnym czynnikiem jest odświeżenie głowy i mentalności. Te elementy to połowa sukcesu, bo wszyscy jesteśmy na względnie wysokim poziomie i dysponujemy dobrym sprzętem. Dlatego to miało duże znaczenie.

Jak długo dojrzewałeś do tej decyzji?
- Pytania odnośnie zmiany barw klubowych pojawiały się dawno temu, nawet gdy byłem juniorem. Propozycje były, ale wcześniej nie brałem ich pod uwagę. W stu procentach koncentrowałem się na Toruniu. Z biegiem czasu zawodnik się kształtuje i dojrzewa. Później rozważa pomysły i możliwości wzbogacenia swojej kariery, udoskonalenia siebie, innego podejścia i motywacji. Czynników jest mnóstwo. Teraz chcę się skupić na sobie, a nie na mówieniu o całokształtach. To nie ma większego znaczenia. Toruń był i zawsze będzie w moim sercu. Ja chcę wykonywać swoją pracę jak najlepiej potrafię. Analizując wszystko i rozmawiając z różnymi ludźmi, nie tylko z branży żużlowej, doszedłem do wniosku, że zmiany czasami są wskazane. Oczywiście wszystko zweryfikują życie i tor, ale historycznie takie zmiany dobrze wpływają na sportowca. Tak wyszło. Na pewno nigdy tego nie planowałem. Myślałem, że w Toruniu zakończę swoją karierę sportową, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego co się będzie działo wokół nas i w naszej głowie. Bylibyśmy za doskonali.

Kiedy zapadła klamka?
- To nie była łatwa decyzja, ale w ostatnim czasie coraz częściej o niej myślałem. Umówiliśmy się, że działamy na terminach. Nie jest sztuką jeździć i robić z siebie nie wiadomo kogo, grając przy tym w podbijanie stawki i ustawianie czegoś. Działaliśmy w krótkim, ściśle określonym czasie. Odwlekanie decyzji niczemu nie sprzyja. Sprawa nabrała pędu w ciągu jednego tygodnia. Ustaliliśmy, że podejmujemy pewne kroki, by to nas nie męczyło. Przeciąganie każdej decyzji powoduje dodatkowy stres i zarwane noce. Tego trzeba unikać. Po co robić sobie dodatkowe obciążenia.

Dlaczego wybór padł na Częstochowę?
- Były inne możliwości, aczkolwiek w Częstochowie panuje fajny klimat. Poza tym dobrze rozmawia się z ludźmi. Kolejna rzecz to kwestia toru. Dobrze czuję się na częstochowskim obiekcie. Jest zgrany zespół. Chcę walczyć o jak najwyższe cele i pomagać na miarę moich możliwości. Jeśli zawodnik czuje się mocny to zyskuje dodatkową radość z tego, co robi. Chcę być mocnym punktem drużyny i zamierzam pomóc młodym. W częstochowskiej drużynie są bardzo doświadczeni seniorzy. Oni dadzą sobie radę, ale musimy dzielić się przemyśleniami. Chciałbym żeby wsparcie dali nam juniorzy. Na pewno zrobię wszystko, by im pomóc.

Czego jeszcze oczekujesz po tym transferze?
- Na pewno stać mnie na dużo więcej. To pokazał początek sezonu. Muszę wyeliminować błędy, które się wkradały. Ta zmiana jest po części dlatego, by tych błędów nie popełniać. Poza tym chcę zdjąć z głowy pewien ciężar. Nie da się ukryć, że każdemu sportowcowi towarzyszy presja - mniejsza lub większa. Do tego trzeba się przyzwyczaić i umieć z tym żyć. Przez wiele lat pewne rzeczy bardzo mi doskwierały i ciążyły, a niektóre przeszkadzały. Teraz koncentrujemy się na mojej osobie. Żeby iść do przodu czasami trzeba podjąć trudne decyzje. Uważam, że w tym momencie taka decyzja musiała nadejść.

Zaskoczyło Cię zainteresowanie ze strony częstochowskiego klubu?
- Świat kibiców to świat kibiców. Świat zawodników to inny świat. A kolejnym jest świat działaczy. To wszystko trzeba zebrać w całość. Jestem związany z Toruniem naście lat. A Toruń, ze względu na różne historie, nie jest jakoś super lubiany w środowisku żużlowym. To jest trudne dla zawodnika. W jakimś stopniu to się na mnie skupiało, bo na tę chwilę Toruń jest utożsamiany między innymi ze mną. Nie jestem z innego kraju. To nie jest tak, że odjadę zawody i gdzieś ucieknę. Wszystko kiełkuje i zostaje. Miło mi, że częstochowski klub się do mnie odezwał. Tak jak mówiłem - z częstochowskim prezesem i ludźmi z tego miasta dobrze nawiązuje się relacje. Widzę to pozytywnie. Na pewno daje to dodatkową chęć i motywację. To jest najważniejsze. Musi być radość z tego, co się robi, a jak przestaje bawić to trzeba szukać alternatywy.

Będziesz w stanie z pełnym poświęceniem walczyć o punkty dla innej drużyny?
- Będę w stanie w stu procentach walczyć dla innego klubu. Mam swój charakter i ambicję. Po co miałbym robić coś bez pełnego zaangażowania? To mija się z celem. Trzeba walczyć w stu procentach, a pewne rzeczy, na przykład kontuzje, należy wyeliminować. Może pewnych akcji na torze nie trzeba robić od razu? Można budować to przez cztery okrążenia. Na tym muszę się skupić.

W jakiej perspektywie patrzysz na swoją dalszą karierę?
- Jason Doyle miał 30 gdy zaczął jeździć w Grand Prix. Po dwóch latach został Mistrzem Świata. Granica wieku w sporcie przesunęła się do góry. To kwestia odpowiedniego przygotowania i prowadzenia siebie. Dzięki temu można uprawiać sport dość długo. Oczywiście trzeba unikać kontuzji. W tym roku zmęczyłem się psychicznie przez trudną sytuację drużyny. Do tego doszły kontuzje. To był chyba jeden z najtrudniejszych sezonów w mojej karierze.

Jak na ten moment wyglądają Twoje kwestie zdrowotne?
- Urazy zostały w pełni zaleczone. Działałem stosunkowo szybko. Kiedy można było robić zabieg, to go robiłem. Chciałem być sprawny jak najszybciej. Została faza dopieszczenia. Chcę doprowadzić wszystko do stu procent możliwości. Dziękuję Ani Wakulewicz, która dba o to i poświęca dużo czasu bym zrobił progres i jak najwięcej osiągnął. Tak naprawdę rehabilitacja jest codziennie. Jesteśmy zamknięci w pewnych ramach czasowych. Łokieć to są naprawdę skomplikowane sprawy. To nic przyjemnego. Myślałem, że będzie łatwiej, a wszystko pójdzie szybciej, a jednak trzeba było się nagimnastykować i napocić. Przed SEC wyszła jeszcze sprawa barku. To była stara kontuzja. Gdybym wiedział, że coś jest nie tak, to przede wszystkim nie pojechałbym do Szwecji i nie brał na siebie kosztów hotelu, czy lotu. Ale pojechałem i okazało się, że to nie jest zbicie, ale poważniejsza sprawa.

Dlaczego przez tak długi okres jazda stanowiła problem?
- Na upartego mógłbym jeździć i próbowaliśmy, trenowaliśmy. Ale byli zdrowi zawodnicy. W takiej sytuacji lepiej żeby oni jeździli. Ja powiedziałem, że wolę się poddać operacji, ale pomogę w utrzymaniu Torunia czym będę mógł - radą, mechanikami, motocyklami - generalnie wszystkim, co było potrzebne. Jacek Frątczak potwierdza, że robiliśmy wszystko. Cieszę się, że ten cel udało się osiągnąć. Toruń zasługuje na jazdę w PGE Ekstralidze. Szkoda byłoby potencjału klubu. Chociaż w ten sposób mogłem pomóc. Oczywiście wolałbym to zrobić na torze, ale w pewnym momencie postawiłem na zdrowie. Dla sportu i Torunia poświęciłem go naprawdę dużo. Powiedziałem sobie, że trzeba wyhamować, bo później nikt tego nie zwróci. Szczególne podziękowania kieruję też w stronę Damiana Janiszewskiego. On zawsze ratuje mnie z opresji. Cieszę się, że mam możliwość pracowania ze specjalistami, którzy są oddani temu, co robią. Przede mną ćwiczenia wzmacniające. Wracam do formy. Mam całą zimę i na pewno wrócę silniejszy. Przepracuję ten okres jeszcze lepiej niż poprzedni.

Jakie jest Twoje pierwsze skojarzenie z żużlowym Toruniem?
- Jest ich kilka, a nie tylko jedno. Na pewno kibice, stary stadion, nowy stadion, Drużynowe Mistrzostwo Polski, Speedway Grand Prix. Poza tym ludzie, z którymi związałem się przez tyle lat. Są tu osoby, które pamiętam jeszcze z moich początków w klubie. Obok nich nie przechodzi się obojętnie.

Za czym będziesz najbardziej tęsknił?
- Teraz to mi zadałeś trudne pytanie. Za czym będę tęsknił... na pewno za jazdą na tym torze. Gdy jest on dobrze przygotowany do zawodów, to jest naprawdę świetnym torem do ścigania. Uważam, że zawiłości regulaminowe trochę przeszkadzają w przygotowywaniu jeszcze lepszych torów do ścigania. Będę też tęsknił za fanami. Nie da się przejść obok nich z obojętnością. Spotykamy się w mieście lub podczas codziennego życia w Toruniu.

Jacek Frątczak powiedział, że Toruń stoi dla Ciebie otworem, nawet w kontekście treningów. Zamierzasz z tego korzystać?
- Wszystko zweryfikuje czas. To miłe, że doceniono mój wieloletni wkład i serce, które zostawiałem na torze. Nie przejdę obok tego obojętnie. Te słowa zostały mi w głowie i zostaną tam pewnie do końca. Wszystko zależy od kalendarza imprez. W tym momencie jestem pewnego rodzaju konkurencją, ale z drugiej strony, nawet przebywając na stadionie, czy oglądając treningi, nie ma takiej możliwości by coś mnie zaskoczyło. Na pewno nie wiedziałbym dzięki temu czegoś więcej. To kwestia przygotowania toru na dane zawody. Jeżeli miałbym możliwość i zgodę na trening, to wątpię, że tor będzie przygotowany jak na mecz ligowy. Trenować można na innym torze, ale czasami większa liczba treningów wprowadza zamęt, a zwłaszcza jak zmienia się tor. Momentami lepiej przyjechać z marszu.

Jakie najwspanialsze momenty z pobytu w Toruniu możesz wskazać?
- Jest ich kilka, bo sukcesów też było kilka. Każdy wspomina się z sentymentem. Wokół tego działo się wiele miłych rzeczy. Dlatego nie chciałbym faworyzować który jest najprzyjemniejszy, bo było ich kilka, a nawet naście.

A najtrudniejsze momenty?
- Jednym z najtrudniejszych był sezon 2006. Utkwił mi w pamięci, bo wtedy wszystko było na krawędzi noża.

Co po latach chciałbyś zmienić?
- Człowiek dojrzewa przez lata swojej kariery. Zawsze można usiąść i myśleć co dałoby się udoskonalić. I oczywiście takie przemyślenia mam. Z perspektywy czasu wiem, że pewne rzeczy mógłbym zrobić inaczej, ale to nie jest tak, że człowiek staje się alfą i omegą. Kończy się kolejny sezon i każdy ma jakieś przemyślenia, nie ma złotego środka. Zawsze starałem się robić wszystko najlepiej jak potrafię. Czasami udawało się lepiej, a czasami gorzej, ale w momencie, w którym się to działo, uważałem, że robię to dobrze. Zawsze byłem zaangażowany w stu procentach, a ze swoich działań starałem się wyciągać maksimum. Nie zawsze to wychodziło. Na sukces sportowca składa się wiele elementów. Zawodnik nie jest w stanie nad wszystkim zapanować. Ważne jest kogo się spotka i kto na co cię naprowadzi. Młody człowiek będzie miał trudno bez odpowiedniego poprowadzenia. W odpowiednim czasie trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu. Mógłbym o tym napisać książkę.

Czy w dzisiejszym żużlu można jeszcze mówić o przywiązaniu do barw klubowych?
- To na pewno zanika. Nie da się ukryć, że większość zmienia barwy klubowe. Została nieliczna grupa młodych żużlowców, którzy do tej pory tego nie zrobili. Takie nastały czasy. Kiedyś było zupełnie inaczej. Skoro to tak wygląda, to może dlatego trzeba zrobić ten ruch i zobaczyć jak jest gdzie indziej.

Co chciałbyś powiedzieć żużlowemu Toruniowi na pożegnanie?
- Chciałbym bardzo podziękować toruńskim kibicom, całemu toruńskiemu środowisku żużlowemu, licząc od sponsorów do zawodników, którzy w tym czasie przewinęli się przez Toruń, młodym adeptom, którzy zdawali licencję, bądź jej nie zdali, a z którymi miałem w jakiś sposób do czynienia. Toruńscy kibice są wyjątkowi - na pewno jedni z najlepszych w całej Polsce. Dziękuję im za doping, za wsparcie i krytykę w gorszych momentach. Taka rola kibica żeby czasami przypiec i to motywuje do działania. My robimy show dla kibiców, a kibice mają się cieszyć naszą jazdą, ale w życiu sportowca muszą być lepsze i gorsze chwile - tak jak w życiu każdego człowieka. Nigdy nie jest idealnie, ale zawsze trzeba sobie z tym radzić. Jeszcze raz serdeczne podziękowania i z pewnością będziemy się jeszcze widzieć. W przyszłym roku będę w Toruniu na pewno raz. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze w play-off. Dla mnie to będą wyjątkowe spotkania.

Czyli nie mówisz do widzenia, tylko do zobaczenia?
- Staram się być człowiekiem prawdomównym. Słowo ma dla mnie bardzo duże znaczenie. Staram się go nie łamać. W niektórych wywiadach mówiłem, że nie jestem w stanie zapewnić, że nigdy nie odejdę z Torunia. Mówiłem, że nie wiadomo jak się nasza kariera potoczy. Mogą wydarzyć się różne rzeczy, często niezależne od nas. Tak samo teraz nie powiem, że na pewno wrócę lub na pewno nie wrócę do Torunia. Nikt nie wie co się wydarzy. Moje serce jest otwarte dla Torunia, ale w tym momencie muszę się skupić na startach w Częstochowie. Tam zostałem obdarzony zaufaniem i na pewno będę chciał im to wynagrodzić.

Rozmawiał: Karol Śliwiński

Dla Adriana Miedzińskiego, najserdeczniejsze podziękowania za cały wkład w rozwój toruńskiego sportu żużlowego.
Żużlowe środowisko z Grodu Kopernika zawsze będzie o tym pamiętać.
Na dalszej drodze sportowej kariery życzymy powodzenia i mówimy do zobaczenia.

źródło:http://speedway.torun.pl/zeby-isc-do-przodu-trzeba-podjac-trudne-decyzje-wywiad-z-adrianem-miedzinskim/